wakacje


Jesienny blues, losy bloga i inne..

Nowe wpisy na tym blogu to zjawisko porównywalne do zaćmienia słońca – stosunkowo rzadkie, a kiedy już ma miejsce, ludzkość stara się nie patrzeć w jego kierunku, bo podobno można od tego oślepnąć …

Tak czy siak, dzisiaj nastał ten wielki dzień i czas na aktualizację. Zabawnie nazywać to coś aktualizacją, zważywszy, że ostatnio pisałam w maju, hehe 😉 Określenie tego bloga pamiętnikiem jest równie trafne co wrzucenie Biblii w kategorię „dziennik codzienny”.. Zastanawiałam się ostatnio co sprawia, że tak rzadko tu piszę i doszłam do nieco dziwnych wniosków – przeszkadza mi założony na facebooku, dawno temu, fanpage i świadomość, że blog jest podpięty pod moje prywatne konto. Przeszło mi nawet przez myśl skasowanie bloga, fanpage’a i zaczęcie wszystkiego od nowa w 100% anonimowo. Ostatecznie zdecydowałam na razie odrzucić ten pomysł, chyba z sentymentu do tego wszystkiego co tutaj uwieczniłam. No i szkoda mi było nazwy – nie potrafiłam wymyślić nic co podobałoby mi się tak samo jak Kingasbox 😉

Wracając do tego, co u mnie.
Wakacje minęły baaardzo przyjemnie. W lipcu wpadliśmy na kilka dni do Polski, pierwszy raz od Bożego Narodzenia.. Wspaniale było znowu być w domu, odwiedzić bliskich i nasze zwierzaki :)

Potem polecieliśmy całą rodziną –  ja, K., rodzice i siostra – na dwa tygodnie na Rodos. Było cudownie – gorąco, piękne widoki, baseny i jedzenia ile dusza zapragnie. Wróciłam 2 kilo cięższa i opalona na murzynka. Od wielu lat nie byłam na prawdziwych wakacjach więc uważam, że wszystko w pełni zasłużone!
Jedynie powrót do Anglii przebiegał nieco „po wariacku” gdyż urlop był wzięty z myślą o 14-dniowych wakacjach, a te ku naszemu zdziwieniu okazały się.. 15-dniowe.


W sierpniu znów zawitaliśmy do Polski na rodzinną imprezę – rocznicę ślubu moich rodziców i urodziny taty.. Niestety kolejny wypad zapowiada się dopiero na styczeń. Już nie możemy się doczekać.

To tyle jeśli chodzi o lato.  Teraz znowu mamy jesień i to już coraz mniej kolorową. Rano o 7 jest ciągle ciemno a przez większość dnia za oknem panuje szarówka. Nie żeby to robiło jakąś gigantyczną różnicę, kiedy i tak siedzimy w pracy przez większość czasu, no ale.. Będę tęsknić za słonecznym Rodos i wakacyjną Polską 😉 Na razie plan jest taki, że zostajemy w tym deszczowym kraju do przyszłych wakacji – ale o tym może następnym razem bardziej się rozpiszę…

Dodaj Komentarz | Komentarze

Wypad na basen, nad rzeczkę i co u mnie..

Upały wróciły :-) Znów jest gorąco i słonecznie, termometry pokazują 30  stopni w  cieniu. Na szczęście mogłam przez ostatnie 2 dni skorzystać z pięknej pogody i zrelaksować się nieco, gdyż.. praca już oddana! Złożyłam ją w dziekanacie w czwartek, po wielu niemałych przygodach. Nie wiem, czy aby na pewno warto, ale postanowiłam na pamiątkę streścić tutaj kilka ostatnich dni bo były bardzo intensywne :p. Mam też parę ładnych zdjęć. Nie oczekuję, że ktoś przeczyta ten elaborat, ale dla samej siebie to opiszę.

Wszystko zaczęło się.. we wtorek. W poniedziałek pisałam o pożegnaniu Katowic, że mam do załatwienia kilka ostatnich spraw związanych z obroną. Tak bardzo się pomyliłam! Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, żeby dokończyć pakowanie rzeczy do auta przed wyprowadzką i zdaniem mieszkania.. Udało nam się wyrobić na styk ze sprzątaniem i wynoszeniem – niestety nie do końca z pakowaniem. Pierwsza niemiła niespodzianka – żeby zmieścić wszystko do naszej malutkiej renówki jedno z nas musiało wrócić pociągiem! Oczywiście tym kimś byłam ja, ponieważ nie jeżdżę samochodem, a poza tym musiałam lecieć na uczelnię.. ; p

Przed pójściem do promotorki wymieniłam jeszcze pierwszą stronę we wszystkich 3 kopiach mojej już wydrukowanej i oprawionej pracy, ponieważ wkradł się tam mały błąd. Na miejscu okazało się niespodziewanie, że promotorka zmieniła zdanie i już wcale nie jest tak chętna do jej przyjęcia! Choć koleżance przede mną podpisała ją bez spojrzenia nawet co jest w środku i choć ostatnim razem już wszystko było w porządku.. Kiedy zaczęła kreślić długopisem wewnątrz mojego oprawionego dzieła, myślałam, że się rozpłaczę. ;_; Czułam się strasznie – zniszczyła coś, z czego byłam dumna i co wcześniej sama zaakceptowała! Gdyby jeszcze miała ku temu podstawę – ale jej komentarze nie miały kompletnie sensu.. Rzeczy wymienione od kropek kazała mi wypisać jednak po przecinku, a rzeczy opisane od akapitów – opisać od kropek. Pozostałe uwagi miały podobny poziom merytoryczny.. na potrzebę tych pilnych i jakże niezbędnych zmian straciłam MNÓSTWO pieniędzy, czasu i nerwów.

Wracając pociągiem do domu czułam się potwornie – zmęczona, upokorzona i skołowana. Dawno nie pamiętam dnia, który dobiłby mnie tak bardzo! Na poprawę pracy miałam czas do czwartku do 9 rano. Środa minęła mi na dopieszczaniu wszystkiego – jedynym miłym akcentem była krótka wycieczka nad Liswartę z moim chłopakiem. Naprawdę przepiękne miejsce i tak blisko jego domu!

Liswarta:

Poprawki skończyłam dopiero po pierwszej w nocy. Wreszcie mogłam się położyć, ale nie na długo – żeby zdążyć na pociąg do Katowic wstać musiałam już o 4:30.. Po przebudzeniu postanowiłam jeszcze raz zerknąć do zapisanej na pendrive pracy i.. przeżyłam szok. Zamiast pliku z pracą i innych dokumentów zobaczyłam to:

Szczęka spadła mi na podłogę. Nie miałam pojęcia JAK to się mogło stać. Jeszcze 3h wcześniej wszystko było w porządku. Potrzebowałam pendrive’a na gwałt – tylko z niego drukowali u mnie na kserze! Nie miałam jednak pojęcia skąd go wziąć o godzinie w pół do piątej rano, mając chwilkę do wyjścia na pociąg. Wirus który mnie zaatakował nie dawał się ani odinstalować, ani przeskanować. Jadąc pociągiem do Katowic walczyłam ze snem i rozmyślałam co w tej sytuacji zrobić. Udało mi się kupić nowy pendrive  w kiosku na dworcu (za bajońską sumę), następnie przegrać na niego pliki z maila z komputera w bibliotece (mój w końcu okazał się być zawirusowany i bałam się wpiąć tam nowy pendrive) i wydrukować całość jeszcze raz. Ostatecznie promotorka podpisała moją pracę i mogłam złożyć ją w dziekanacie – ale przedtem musiałam zrobić jeszcze raz rundkę z kartą obiegową, bo okazało się, że dostałam za pierwszym razem złą.. Kiedy ten dzień dobiegł końca padłam jak zabita, z poczuciem, że świat bardzo stara się mnie pokonać. Wciąż rzuca kłody pod nogi. U mojego chłopaka wszystko poszło gładziutko jak po maśle – miły promotor, wszystko sprawdzane od ręki, żadnego czepialstwa, żadnych problemów z czymkolwiek. Dobrze, że chociaż jemu się udało!

Dla relaksu następne dwa dni spędziliśmy w iście wakacyjnym, leniwym klimacie. Uważam, że trochę lenistwa mi się należało po tych wszystkich przygodach. Wczoraj wróciliśmy nad uroczą rzeczkę z moją siostrą, potem rozpaliliśmy grilla. A dziś wybraliśmy się na Komobex – nasz częstochowski basen. Plażowaliśmy się i kąpaliśmy. Jutro czeka nas wyjazd do babci, na 40 urodziny mojej cioci :-) Powoli trzeba też wracać do rzeczywistości i rozpocząć ostre przygotowania do obrony – to już w najbliższy czwartek!!

Komobex:

 

Dodaj Komentarz | Komentarze