pamiętnik internetowy


Wspomnienie słonecznej jesieni

Brr. Zimno. Coraz zimniej.

Angielska złota jesień oficjalnie przemieniła się w.. stereotypową angielską jesień 😛 Za oknem wilgotno, zimno, wietrznie i buro. Anglicy przywdziewają kalosze i zachwyceni jeżdżą na pikniki w parku. Sweet 😉

Ależ ten czas leci. Znowu półtora miesiąca, jak z bicza strzelił.. Nie wiadomo od czego zacząć kiedy pisze się tak rzadko jak ja teraz. Na co dzień dzieje się tyle rzeczy, że ciężko wszystko spamiętać i opisać, a dni przeciekają przez palce jak woda. Aż chce się krzyknąć:

„Momencik! Stop! Proszę zatrzymać świat!!!”

Czytałam kiedyś, że w Anglii czas ucieka szybciej niż w Polsce – to prawda. Praca i samodzielne życie absorbują nas niesamowicie. Od czasu ostatniej aktualizacji zmieniliśmy 2 razy pokój, kupiliśmy nowy silnik do vectry, dużo pracowaliśmy – po 6 dni w tygodniu. Ostatnio zostaliśmy oddelegowani do pracy w innym mieście, na 3 tygodnie. Mimo lepszej wypłaty, wolny czas skurczył się jeszcze bardziej… Na szczęście gorący okres kończy się wraz z końcem roku – wtedy przyjdzie pora na odpoczynek, hobby, zakupy i spokojne rozglądanie się za nową pracą.

Powoli myślami wybiegam w kierunku następnego wyjazdu do Polski. W przyszłym miesiącu o tej porze prawdopodobnie będziemy zajeżdżać już pod dom :-) Tymczasem rozgrzewam się kubkiem gorącej herbatki, jednym uchem nasłuchując dyskusji K. z naszym landlordem. Szaleją z pędzlami i farbą, malując wspólnie nasz nowy pokój :-)

Na koniec jeszcze kilka zdjęć. Do niedawna jesień w Coventry była całkiem urokliwa:

 

Dodaj Komentarz | Komentarze

Całe życie na krawędzi

Czas pędzi jak szalony! Od dawna intensywnie mijają mi tygodnie, ciągle piszę, że mnóstwo się dzieje i nie nadążam – zawsze wtedy myślę, że większy młyn się już chyba nie zrobi.. a jednak, życie zawsze potrafi mnie zaskoczyć 😉 Kompletnie nie miałam czasu na opisywanie wszystkiego na blogu, a teraz nawet nie wiem od czego zacząć – jestem na kolejnym życiowym zakręcie.

Zacznijmy może od tego, że się obroniłam :-) Jestem licencjonowanym ekonomistą, jeśli to coś znaczy.

Sama obrona została chyba najbliższym znanym mi synonimem stresu. Przeogromnego. Niestety, nie jestem jedną z tych osób które potrafią do tego spokojnie podejść. Tydzień poprzedzający obronę składał się z wkuwania, wkuwania i jeszcze raz wkuwania. Do tego niewielka domieszka narzekania w wolnych chwilach. Na mojej uczelni nie do końca jest to  formalność, jak przyjęło się mówić – zdarzają się obrony uwalone jak i bardzo słabo zdane, na trójkach. Na  szczęście TYM RAZEM wszystko poszło po mojej myśli – udało mi się mieć egzamin tego samego dnia co K., choć po bardzo długim (6 godzinnym) oczekiwaniu i – co najważniejsze – udało się go przyzwoicie zdać! Noc przed nie potrafiłam zasnąć, potem wstałam o 4 rano, o 5 przyjechał K. Kawę wypiliśmy w miłym nastroju choć z poczuciem szykowania się na ścięcie :P. O 7 byliśmy w Katowicach, a cała akcja zakończyła się dopiero około 15. Jak Boga kocham – opuszczając mury tej uczelni byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

Zaraz potem wpadliśmy w wir przygotowań do wyjazdu. Oczywiście milion rzeczy robionych na ostatnią chwilę i idiotycznych zbiegów okoliczności. Wgrywanie mapy do nawigacji, naprawa cb-radia, wyrabianie europejskiej karty zdrowia, przegląd samochodu, ostatnie zakupy i.. wypad do Wrocławia! Umówiliśmy się z kuzynką K., że jeszcze przed naszym wyjazdem wyskoczymy razem do Aquaparku. Plan zrealizowaliśmy, choć jak na nas przystało – w ogromnym pośpiechu 😉 Każdy dzień wypełniony jest po brzegi i ze wszystkim zdążamy „na żyletki”. Całe życie na krawędzi 😛

Dzisiaj jest moja ostatnia noc w domu przed wyjazdem. Trochę smutek, ale to tylko na kilka miesięcy.. Jutro o tej porze będziemy już pewnie w Niemczech, w drodze do Anglii.. Oczywiście absolutnie mnie to wszystko przeraża, czuję się nieprzygotowana i zaskoczona, że ten dzień tak szybko nastał. Chciałabym opisać wszystko co się działo bardziej szczegółowo, ale wyszedłby mi elaborat na kilka stron. Poza tym jestem strasznie zmęczona. Nie wiem kiedy teraz znów napiszę – pewnie już na miejscu, jeśli oczywiście na nie w jednym kawałku dotrę ;P. Trzymajcie kciuki!

//jakość dziejszych zdjęć jest naprawdę biedna, wiem. :c

Dodaj Komentarz | Komentarze

Pożegnanie Katowic

Przyszedł czas by pożegnać się z Katowicami – przynajmniej na razie. Jutro do pozałatwiania mam ostatnie sprawy uczelniane przed obroną (której termin pozostaje bliżej nieokreślony) i będziemy zdawać mieszkanie właścicielom. K. kompletnie nie jest sentymentalny ale ja tak, także.. trochę smuteczek, jednak. :(

Wiele dobrych i złych chwil nas tutaj spotkało, ale wiadomo jak to jest w życiu.

Na szczęście nie mam zbyt wiele czasu na sentymenty, gdyż ostatnie dni mijają nam w iście szaleńczej gonitwie. Zdjęcia do dyplomu, pakowanie do przeprowadzki, podbijanie karty obiegowej w ACK i bibliotece, drukowanie prac, wycieczki do promotorów, przelewy i opłaty, nagrywanie CD, po powrocie do domu znów pakowanie.. Niekończące się załatwianie, sprzątanie i bieganie z miejsca na  miejsce..Uff. A w przysłowiowym „międzyczasie” udało nam się wysłać CV do jednej z interesujących nas prac wakacyjnych w Anglii. Nawet odbyłam już w jej sprawie wstępną rozmowę, jutro ma się odbyć wideokonferencja. Jeszcze nie wiadomo co z tego będzie.

Tymczasem by upamiętnić ten miniony rok w naszym (byłym) mieszkanku zamieszczam kilka migawek z tego okresu :-)

 

Dodaj Komentarz | Komentarze

Relaks na balkonie…

…czyli coś czegoś nie uświadczysz w moim studenckim bunkrze 😉. W zaciszu częstochowskiego mieszkania jest to jednak absolutnie wykonalne!

Taki piękny kącik relaksu na balkonie zaaranżowała moja mama. Bardzo przyjemnie usiąść sobie w ciepły dzień przy stoliku z takim widokiem:

Różę w doniczce mama dostała od mojego K. na Dzień Matki. Pięknie kwitnie i się rozrasta – myślę, że dana ze szczerego serca i to dlatego 😉 Ładnie wygląda na balkonowym stoliku.

Już jestem znów w Katowicach, wczoraj wieczorem wróciłam tym starym rzęchem Kolei Śląskich. Pogoda się zepsuła, jest chmurno i ciemno. Milej mi się robi kiedy patrzę na te cichaczem cyknięte fotki sprzed kilkunastu godzin. Ciepło, wróć… gdzie się podziewasz? Ja wcale nie narzekałam, że mi za gorąco (no może trochę, ale to jeszcze nie powód, żeby się obrażać).

K. wydrukował dzisiaj pracę licencjacką, już w trzech egzemplarzach i z oprawą. Stresowałam się tym faktem chyba bardziej niż on, ciągle go pytałam czy już na 100% wszystko przeczytał i sprawdził.. Koszt druku i oprawy to w jego wypadku było 70 złotych, więc podejrzewam, że nie chciałby tej operacji powtórzyć. W przeciwieństwie do mnie zachował jednak zimną krew i jego dzieła spoczęły u promotora.

Dodaj Komentarz | Komentarze