obrona


Całe życie na krawędzi

Czas pędzi jak szalony! Od dawna intensywnie mijają mi tygodnie, ciągle piszę, że mnóstwo się dzieje i nie nadążam – zawsze wtedy myślę, że większy młyn się już chyba nie zrobi.. a jednak, życie zawsze potrafi mnie zaskoczyć 😉 Kompletnie nie miałam czasu na opisywanie wszystkiego na blogu, a teraz nawet nie wiem od czego zacząć – jestem na kolejnym życiowym zakręcie.

Zacznijmy może od tego, że się obroniłam :-) Jestem licencjonowanym ekonomistą, jeśli to coś znaczy.

Sama obrona została chyba najbliższym znanym mi synonimem stresu. Przeogromnego. Niestety, nie jestem jedną z tych osób które potrafią do tego spokojnie podejść. Tydzień poprzedzający obronę składał się z wkuwania, wkuwania i jeszcze raz wkuwania. Do tego niewielka domieszka narzekania w wolnych chwilach. Na mojej uczelni nie do końca jest to  formalność, jak przyjęło się mówić – zdarzają się obrony uwalone jak i bardzo słabo zdane, na trójkach. Na  szczęście TYM RAZEM wszystko poszło po mojej myśli – udało mi się mieć egzamin tego samego dnia co K., choć po bardzo długim (6 godzinnym) oczekiwaniu i – co najważniejsze – udało się go przyzwoicie zdać! Noc przed nie potrafiłam zasnąć, potem wstałam o 4 rano, o 5 przyjechał K. Kawę wypiliśmy w miłym nastroju choć z poczuciem szykowania się na ścięcie :P. O 7 byliśmy w Katowicach, a cała akcja zakończyła się dopiero około 15. Jak Boga kocham – opuszczając mury tej uczelni byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

Zaraz potem wpadliśmy w wir przygotowań do wyjazdu. Oczywiście milion rzeczy robionych na ostatnią chwilę i idiotycznych zbiegów okoliczności. Wgrywanie mapy do nawigacji, naprawa cb-radia, wyrabianie europejskiej karty zdrowia, przegląd samochodu, ostatnie zakupy i.. wypad do Wrocławia! Umówiliśmy się z kuzynką K., że jeszcze przed naszym wyjazdem wyskoczymy razem do Aquaparku. Plan zrealizowaliśmy, choć jak na nas przystało – w ogromnym pośpiechu 😉 Każdy dzień wypełniony jest po brzegi i ze wszystkim zdążamy „na żyletki”. Całe życie na krawędzi 😛

Dzisiaj jest moja ostatnia noc w domu przed wyjazdem. Trochę smutek, ale to tylko na kilka miesięcy.. Jutro o tej porze będziemy już pewnie w Niemczech, w drodze do Anglii.. Oczywiście absolutnie mnie to wszystko przeraża, czuję się nieprzygotowana i zaskoczona, że ten dzień tak szybko nastał. Chciałabym opisać wszystko co się działo bardziej szczegółowo, ale wyszedłby mi elaborat na kilka stron. Poza tym jestem strasznie zmęczona. Nie wiem kiedy teraz znów napiszę – pewnie już na miejscu, jeśli oczywiście na nie w jednym kawałku dotrę ;P. Trzymajcie kciuki!

//jakość dziejszych zdjęć jest naprawdę biedna, wiem. :c

Dodaj Komentarz | Komentarze

Wypad na basen, nad rzeczkę i co u mnie..

Upały wróciły :-) Znów jest gorąco i słonecznie, termometry pokazują 30  stopni w  cieniu. Na szczęście mogłam przez ostatnie 2 dni skorzystać z pięknej pogody i zrelaksować się nieco, gdyż.. praca już oddana! Złożyłam ją w dziekanacie w czwartek, po wielu niemałych przygodach. Nie wiem, czy aby na pewno warto, ale postanowiłam na pamiątkę streścić tutaj kilka ostatnich dni bo były bardzo intensywne :p. Mam też parę ładnych zdjęć. Nie oczekuję, że ktoś przeczyta ten elaborat, ale dla samej siebie to opiszę.

Wszystko zaczęło się.. we wtorek. W poniedziałek pisałam o pożegnaniu Katowic, że mam do załatwienia kilka ostatnich spraw związanych z obroną. Tak bardzo się pomyliłam! Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, żeby dokończyć pakowanie rzeczy do auta przed wyprowadzką i zdaniem mieszkania.. Udało nam się wyrobić na styk ze sprzątaniem i wynoszeniem – niestety nie do końca z pakowaniem. Pierwsza niemiła niespodzianka – żeby zmieścić wszystko do naszej malutkiej renówki jedno z nas musiało wrócić pociągiem! Oczywiście tym kimś byłam ja, ponieważ nie jeżdżę samochodem, a poza tym musiałam lecieć na uczelnię.. ; p

Przed pójściem do promotorki wymieniłam jeszcze pierwszą stronę we wszystkich 3 kopiach mojej już wydrukowanej i oprawionej pracy, ponieważ wkradł się tam mały błąd. Na miejscu okazało się niespodziewanie, że promotorka zmieniła zdanie i już wcale nie jest tak chętna do jej przyjęcia! Choć koleżance przede mną podpisała ją bez spojrzenia nawet co jest w środku i choć ostatnim razem już wszystko było w porządku.. Kiedy zaczęła kreślić długopisem wewnątrz mojego oprawionego dzieła, myślałam, że się rozpłaczę. ;_; Czułam się strasznie – zniszczyła coś, z czego byłam dumna i co wcześniej sama zaakceptowała! Gdyby jeszcze miała ku temu podstawę – ale jej komentarze nie miały kompletnie sensu.. Rzeczy wymienione od kropek kazała mi wypisać jednak po przecinku, a rzeczy opisane od akapitów – opisać od kropek. Pozostałe uwagi miały podobny poziom merytoryczny.. na potrzebę tych pilnych i jakże niezbędnych zmian straciłam MNÓSTWO pieniędzy, czasu i nerwów.

Wracając pociągiem do domu czułam się potwornie – zmęczona, upokorzona i skołowana. Dawno nie pamiętam dnia, który dobiłby mnie tak bardzo! Na poprawę pracy miałam czas do czwartku do 9 rano. Środa minęła mi na dopieszczaniu wszystkiego – jedynym miłym akcentem była krótka wycieczka nad Liswartę z moim chłopakiem. Naprawdę przepiękne miejsce i tak blisko jego domu!

Liswarta:

Poprawki skończyłam dopiero po pierwszej w nocy. Wreszcie mogłam się położyć, ale nie na długo – żeby zdążyć na pociąg do Katowic wstać musiałam już o 4:30.. Po przebudzeniu postanowiłam jeszcze raz zerknąć do zapisanej na pendrive pracy i.. przeżyłam szok. Zamiast pliku z pracą i innych dokumentów zobaczyłam to:

Szczęka spadła mi na podłogę. Nie miałam pojęcia JAK to się mogło stać. Jeszcze 3h wcześniej wszystko było w porządku. Potrzebowałam pendrive’a na gwałt – tylko z niego drukowali u mnie na kserze! Nie miałam jednak pojęcia skąd go wziąć o godzinie w pół do piątej rano, mając chwilkę do wyjścia na pociąg. Wirus który mnie zaatakował nie dawał się ani odinstalować, ani przeskanować. Jadąc pociągiem do Katowic walczyłam ze snem i rozmyślałam co w tej sytuacji zrobić. Udało mi się kupić nowy pendrive  w kiosku na dworcu (za bajońską sumę), następnie przegrać na niego pliki z maila z komputera w bibliotece (mój w końcu okazał się być zawirusowany i bałam się wpiąć tam nowy pendrive) i wydrukować całość jeszcze raz. Ostatecznie promotorka podpisała moją pracę i mogłam złożyć ją w dziekanacie – ale przedtem musiałam zrobić jeszcze raz rundkę z kartą obiegową, bo okazało się, że dostałam za pierwszym razem złą.. Kiedy ten dzień dobiegł końca padłam jak zabita, z poczuciem, że świat bardzo stara się mnie pokonać. Wciąż rzuca kłody pod nogi. U mojego chłopaka wszystko poszło gładziutko jak po maśle – miły promotor, wszystko sprawdzane od ręki, żadnego czepialstwa, żadnych problemów z czymkolwiek. Dobrze, że chociaż jemu się udało!

Dla relaksu następne dwa dni spędziliśmy w iście wakacyjnym, leniwym klimacie. Uważam, że trochę lenistwa mi się należało po tych wszystkich przygodach. Wczoraj wróciliśmy nad uroczą rzeczkę z moją siostrą, potem rozpaliliśmy grilla. A dziś wybraliśmy się na Komobex – nasz częstochowski basen. Plażowaliśmy się i kąpaliśmy. Jutro czeka nas wyjazd do babci, na 40 urodziny mojej cioci :-) Powoli trzeba też wracać do rzeczywistości i rozpocząć ostre przygotowania do obrony – to już w najbliższy czwartek!!

Komobex:

 

Dodaj Komentarz | Komentarze

Zmęczenie materiału

Chwilowa nieobecność na blogu spowodowana jest sporą ilością zmartwień na głowie. Na szczęście w dniu dzisiejszym jedno z nich w końcu zniknęło – udało mi się zdać egzamin, który przy 5 poprawce zaczynał już sprawiać wrażenie niemożliwego do zdania 😉 Nieustępliwy profesor ostatecznie przepuścił większość naszej, dosyć pokaźnej, grupy skazańców – choć tyle potu, łez i krwi łatwo mu nie zapomnę 😛

Jestem ostatnio bardzo zmęczona. W środę czeka mnie kolejny egzamin – gigant. 733 slajdy do nauczenia, lub około 150 stron notatek pisanych w Wordzie. W czwartek kolejna wizyta u promotorki i jedna poprawka. Nie wiem jak zdążę ze wszystkim!  Powinnam załatwiać też formalności przed wakacyjnym wyjazdem, lecz kompletnie nie mam teraz do tego serca. To się chyba nazywa „zmęczenie materiału”. Potrzebny reset!

//na zdjęciu park w pobliżu mojego bunkru 😉

Dodaj Komentarz | Komentarze

Rysunek – Blondynek

Sesja idzie wielkimi krokami, został do niej raptem tydzień. Niestety w rzeczywistości większość przedmiotów zaliczyć muszę jeszcze przed sesją, czyli w najbliższych dniach. Potem już tylko oddanie pracy i (o zgrozo) obrona. Tak niewiele zostało do końca a tak ciężko wykrzesać choć odrobinę entuzjazmu czy motywacji do czegokolwiek… Opadam z sił.

Nie chce żeby było zbyt pesymistycznie, więc wrzucam nowego bazgroła. Takiego blondynka jakiegoś 😉 (tak, to miał być facet, trochę metro ale co tam). Wena mi dopisuje, ale zawsze tak jest kiedy mam nawał roboty i powinnam zajmować się wszystkim tylko nie rysowaniem. Prokrastynacja to moje drugie imię.

W ostatnich dniach pragnę tylko zaszyć się pod kołdrą i nie oglądać świata. Powinnam mieć pełną mobilizację a mam.. chyba doła? Mam nadzieje, że nie ugnę się pod tą presją i całym tym stresem.. Trzymajcie kciuki!

Dodaj Komentarz | Komentarze