Co słychać w Świecie? 1 comment


Dziennik pokładowy, dzień 13432894.
Nadal jesteśmy w Anglii.

Z sentymentem przeglądam stare wpisy i tęsknię za latem w Polsce. Całą zimę i wiosnę praktycznie się nie odzywałam, wpadłam tutaj w wir pracy niczym chomik do pralki. W wolnych chwilach żyłam sobie w swoim świecie marzeń i planów.. Czekania co będzie dalej.
W zeszłym roku o tej porze przejmowałam się obroną i studiami. Prawdopodobnie zdanie to pada po raz setny na tym blogu ale.. jak ten czas strasznie szybko leci! Jeszcze niedawno miałam zupełnie inne problemy niż teraz, inne dylematy i rozterki życiowe. Śmiesznie teraz poczytać o tych akademickich potyczkach sprzed miesięcy 😉

Co się działo od ostatniego wpisu? Pomyślmy:
– Boże Narodzenie, które spędziliśmy z rodziną. Super.
– Zima. Przeszła w większości bezboleśnie, bezmroźnie i bezśnieżnie. Minus Sylwester w Polsce, minus 17 stopni na termometrze. Tego nie liczymy 😉
– Pierścionek zaręczynowy od K. i poważniejsze plany.
– Wielkanoc, w pracy.
– Wiosna, w pracy.
– Urodziny K, w pracy.

Dziś K, jak łatwo się domyślić, też jest w miejscu na „p”. Na szczęście pozytywnych rzeczy na „p” jakie idą za tym wysiłkiem jest więcej niż negatywów. Przyszłość, perspektywy, pieniądze, podróże.. Poza tym maluje nam się piękna wizja wakacji, już za miesiąc :-) ! Tymczasem staram się nie skupiać na czekaniu na rozwój wypadków, nauczyć się czerpania z życia tu i teraz.

Dodaj Komentarz | Komentarze

Zakupy i deszczowa sobota 2 comments

Leje. Standardzik. W prawdzie żadnego pająka nie zabiłam, ale za to auto było na myjni… wszystko jasne.

Z okazji iż wolne, poczyniłam małą wycieczkę na miasto. Udało mi się wydać trochę kasy, co było całkiem proste i przyjemne, niestety w drodze powrotnej złapała mnie niesamowita ulewa i zepsuła mi humor. Płynąc z nurtem po chodniku zastanawiałam się, kto u diabła wymyślił papierowe torby na zakupy? Po co, komu to potrzebne? Ja rozumiem, że ekologia, ale mogłyby chociaż nie przemakać. A te torby są biodegradalne tak bardzo, że wręcz rozpadają się w rękach zanim zdążysz donieść zakupy do domu.

Anywayz.. Zdjęcia zdobyczy i miasta:

Bamboszki i szalik w kratkę:

Piżamka:

Nowe wydanie starego podkładu Rimmel:

Pan na szczudłach i pan.. pan Skrzypce.

Dodaj Komentarz | Komentarze

Wspomnienie słonecznej jesieni

Brr. Zimno. Coraz zimniej.

Angielska złota jesień oficjalnie przemieniła się w.. stereotypową angielską jesień 😛 Za oknem wilgotno, zimno, wietrznie i buro. Anglicy przywdziewają kalosze i zachwyceni jeżdżą na pikniki w parku. Sweet 😉

Ależ ten czas leci. Znowu półtora miesiąca, jak z bicza strzelił.. Nie wiadomo od czego zacząć kiedy pisze się tak rzadko jak ja teraz. Na co dzień dzieje się tyle rzeczy, że ciężko wszystko spamiętać i opisać, a dni przeciekają przez palce jak woda. Aż chce się krzyknąć:

„Momencik! Stop! Proszę zatrzymać świat!!!”

Czytałam kiedyś, że w Anglii czas ucieka szybciej niż w Polsce – to prawda. Praca i samodzielne życie absorbują nas niesamowicie. Od czasu ostatniej aktualizacji zmieniliśmy 2 razy pokój, kupiliśmy nowy silnik do vectry, dużo pracowaliśmy – po 6 dni w tygodniu. Ostatnio zostaliśmy oddelegowani do pracy w innym mieście, na 3 tygodnie. Mimo lepszej wypłaty, wolny czas skurczył się jeszcze bardziej… Na szczęście gorący okres kończy się wraz z końcem roku – wtedy przyjdzie pora na odpoczynek, hobby, zakupy i spokojne rozglądanie się za nową pracą.

Powoli myślami wybiegam w kierunku następnego wyjazdu do Polski. W przyszłym miesiącu o tej porze prawdopodobnie będziemy zajeżdżać już pod dom :-) Tymczasem rozgrzewam się kubkiem gorącej herbatki, jednym uchem nasłuchując dyskusji K. z naszym landlordem. Szaleją z pędzlami i farbą, malując wspólnie nasz nowy pokój :-)

Na koniec jeszcze kilka zdjęć. Do niedawna jesień w Coventry była całkiem urokliwa:

 

Dodaj Komentarz | Komentarze

Long time no see

Niewiarygodne, że już październik. Czas przecieka mi przez palce w zastraszającym tempie, dni uciekają jak minuty.. Leci nam już trzeci miesiąc w Anglii!

Od czasu kiedy ostatni raz pisałam wydarzyło się kilka rzeczy:

Przyszła jesień. Anglia wygląda bardzo malowniczo o tej porze roku – oczywiście pod warunkiem, że mamy ładną pogodę. Ostatnimi czasy jest zaskakująco ciepło i słonecznie więc.. tak trzymać :-)

Byliśmy na urlopie w Polsce. Co za tym idzie, przywiozłam w końcu piórko do tabletu i będę mogła rysować! Wolne zleciało nam o wiele za szybko, niestety w sporej części na podróży. Do kraju jechaliśmy samochodem (22 godziny) a wracaliśmy już autokarem (33 godziny D:). Przyczyną takiego stanu rzeczy był następny punkt z listy czyli..

Zmieniliśmy samochód. Zmiana nastąpiła w sposób nie do końca przez nas zaplanowany. Oczywiście nowa fura ma kierownicę po złej stronie mocy : p. Jest też dwa razy większa od naszego starego Renault Clio. Idealna na długie podróże, ale już mniej idealna gdy przychodzi tą krową zaparkować 😉 Nasz wybór padł na granatowego Vauxhalla (Opla) Vectrę z 2007 roku. Na razie samochód nie budzi naszego zaufania, choć jest zdecydowanie lepszy niż poprzedni. Musimy się jeszcze z nim oswoić.

Poza tym dużo pracujemy. Za dużo – cierpię na permanentny brak czasu.

W planach na bliżej nieokreśloną przyszłość mam:

– Zmienić pracę. Kiedyś, w końcu. Oczywiście idealnie byłoby gdyby nowa była lepiej płatna, lżejsza i bliższej. No i gwarantowała wolne weekendy.

– Lepiej się odżywiać. To angielskie jedzenie mnie wykończy. Ale to temat na osobny wpis.

– Portfolio i twórczość. Więcej rysować. Zrobić profesjonalną stronę z prawdziwym portfolio. Zagłębić się bardziej w pisanie stron internetowych i design na potrzeby Internetu. Wykorzystać wiedzę o kreowaniu marki zdobytą przy tworzeniu pracy licencjackiej w praktyce!

– Zakupy. Nagroda za poniesione trudy 😉 Lista jest długa – buty na zimę, wymarzone perfumy, nowa torebka, ciepłe sweterki, szalik w kratkę.. i może jeszcze coś.

– Kurs w collegu? Jeżeli punkt ze zmianą pracy wypali.

I to chyba tylko – albo aż – tyle. Na razie płyniemy z prądem.

Dodaj Komentarz | Komentarze

Anglia oswojona

Miesiąc temu o tej porze szykowałam się do wyjazdu :-) A wydaje się jakby minęły wieki!

Blog w ostatnich tygodniach mocno ucierpiał. Niestety praca nie pozwala mi na zbytnie udzielanie się tutaj – aktualnie chodzimy na popołudniową zmianę, czyli od 14 do 22. W rzeczywistości jednak z domu wychodzimy o 12:30, a wracamy o 23. Plusy są takie, że można się wyspać, jednak na nadmiar wolnego czasu narzekać nie możemy. Na szczęście jutro zaczyna mi się dwudniowe wolne ;-). Taki weekend  w środku tygodnia.

Anglia już oswojona. Konta w banku otworzone z sukcesem, National Insurance Number w drodze. Oczywiście w naszym wypadku wszystko zawsze załatwiane jest na wariackich papierach i w pośpiechu. Tak jak już kiedyś pisałam.. W kwestiach organizacyjnych i zarządzaniu czasem przykładem nie świecimy 😉 Szkoda, że nie miałam okazji opisać tu tych wszystkich przygód które nas spotkały… Z drugiej strony może to i lepiej – aż głowa mnie boli na samą myśl o tej manianie jaką odstawiamy od momentu przyjazdu xD 

Nasze miasto, choć typowo industrialne i baaardzo multi-kulti (:P) ma jedną zaletę. Nie mam właściwie porównania z innymi miejscami w Anglii, ale Coventry oferuje sporo terenów zielonych. Oni mówią, że to są parki, ale szczerze mówiąc bardziej przypominają pola golfowe ze sporadyczną obecnością pojedynczych drzewek. Mam szczęście oglądać jedno z nich z okna mojej aktualnej sypialni :-)

Dodaj Komentarz | Komentarze

Podróż do Anglii 2 comments

Dzisiaj minął tydzień odkąd wprowadziliśmy się do naszego pokoju w Anglii.

Dłuższą chwilę zabierałam się do ogarnięcia tego wpisu. Przede wszystkim podróż tutaj i wszystkie nasze przygody zmęczyły mnie tak bardzo, że nie miałam siły nawet o nich myśleć, a co dopiero opowiadać czy pisać :p. Sam przejazd przez państwa europejskie minął nam właściwie bez większych ekscesów, pomijając jeden incydent w Niemczech, kiedy to zgubiliśmy się po drodze i jeden w Belgii, kiedy to po 1000 kilometrów przejechanych w deszczu padły nam wycieraczki ;D.

W porcie w Dunkierce, zgodnie z tym co (zbyt późno) wyczytałam w Internecie panował totalny chaos, który jednak wyszedł nam na korzyść. Na skutek ogólnego zamieszania wylądowaliśmy na promie 4 godziny wcześniej niż mieliśmy zaplanowane. Dodajmy, że dogadywanie się z Francuzami w języku angielskim wyglądało.. marnie.  huśtało – na szczęście nie mamy choroby morskiej.

(więcej…)

Dodaj Komentarz | Komentarze

Całe życie na krawędzi

Czas pędzi jak szalony! Od dawna intensywnie mijają mi tygodnie, ciągle piszę, że mnóstwo się dzieje i nie nadążam – zawsze wtedy myślę, że większy młyn się już chyba nie zrobi.. a jednak, życie zawsze potrafi mnie zaskoczyć 😉 Kompletnie nie miałam czasu na opisywanie wszystkiego na blogu, a teraz nawet nie wiem od czego zacząć – jestem na kolejnym życiowym zakręcie.

Zacznijmy może od tego, że się obroniłam :-) Jestem licencjonowanym ekonomistą, jeśli to coś znaczy.

Sama obrona została chyba najbliższym znanym mi synonimem stresu. Przeogromnego. Niestety, nie jestem jedną z tych osób które potrafią do tego spokojnie podejść. Tydzień poprzedzający obronę składał się z wkuwania, wkuwania i jeszcze raz wkuwania. Do tego niewielka domieszka narzekania w wolnych chwilach. Na mojej uczelni nie do końca jest to  formalność, jak przyjęło się mówić – zdarzają się obrony uwalone jak i bardzo słabo zdane, na trójkach. Na  szczęście TYM RAZEM wszystko poszło po mojej myśli – udało mi się mieć egzamin tego samego dnia co K., choć po bardzo długim (6 godzinnym) oczekiwaniu i – co najważniejsze – udało się go przyzwoicie zdać! Noc przed nie potrafiłam zasnąć, potem wstałam o 4 rano, o 5 przyjechał K. Kawę wypiliśmy w miłym nastroju choć z poczuciem szykowania się na ścięcie :P. O 7 byliśmy w Katowicach, a cała akcja zakończyła się dopiero około 15. Jak Boga kocham – opuszczając mury tej uczelni byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

Zaraz potem wpadliśmy w wir przygotowań do wyjazdu. Oczywiście milion rzeczy robionych na ostatnią chwilę i idiotycznych zbiegów okoliczności. Wgrywanie mapy do nawigacji, naprawa cb-radia, wyrabianie europejskiej karty zdrowia, przegląd samochodu, ostatnie zakupy i.. wypad do Wrocławia! Umówiliśmy się z kuzynką K., że jeszcze przed naszym wyjazdem wyskoczymy razem do Aquaparku. Plan zrealizowaliśmy, choć jak na nas przystało – w ogromnym pośpiechu 😉 Każdy dzień wypełniony jest po brzegi i ze wszystkim zdążamy „na żyletki”. Całe życie na krawędzi 😛

Dzisiaj jest moja ostatnia noc w domu przed wyjazdem. Trochę smutek, ale to tylko na kilka miesięcy.. Jutro o tej porze będziemy już pewnie w Niemczech, w drodze do Anglii.. Oczywiście absolutnie mnie to wszystko przeraża, czuję się nieprzygotowana i zaskoczona, że ten dzień tak szybko nastał. Chciałabym opisać wszystko co się działo bardziej szczegółowo, ale wyszedłby mi elaborat na kilka stron. Poza tym jestem strasznie zmęczona. Nie wiem kiedy teraz znów napiszę – pewnie już na miejscu, jeśli oczywiście na nie w jednym kawałku dotrę ;P. Trzymajcie kciuki!

//jakość dziejszych zdjęć jest naprawdę biedna, wiem. :c

Dodaj Komentarz | Komentarze

Wypad na basen, nad rzeczkę i co u mnie..

Upały wróciły :-) Znów jest gorąco i słonecznie, termometry pokazują 30  stopni w  cieniu. Na szczęście mogłam przez ostatnie 2 dni skorzystać z pięknej pogody i zrelaksować się nieco, gdyż.. praca już oddana! Złożyłam ją w dziekanacie w czwartek, po wielu niemałych przygodach. Nie wiem, czy aby na pewno warto, ale postanowiłam na pamiątkę streścić tutaj kilka ostatnich dni bo były bardzo intensywne :p. Mam też parę ładnych zdjęć. Nie oczekuję, że ktoś przeczyta ten elaborat, ale dla samej siebie to opiszę.

Wszystko zaczęło się.. we wtorek. W poniedziałek pisałam o pożegnaniu Katowic, że mam do załatwienia kilka ostatnich spraw związanych z obroną. Tak bardzo się pomyliłam! Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, żeby dokończyć pakowanie rzeczy do auta przed wyprowadzką i zdaniem mieszkania.. Udało nam się wyrobić na styk ze sprzątaniem i wynoszeniem – niestety nie do końca z pakowaniem. Pierwsza niemiła niespodzianka – żeby zmieścić wszystko do naszej malutkiej renówki jedno z nas musiało wrócić pociągiem! Oczywiście tym kimś byłam ja, ponieważ nie jeżdżę samochodem, a poza tym musiałam lecieć na uczelnię.. ; p

Przed pójściem do promotorki wymieniłam jeszcze pierwszą stronę we wszystkich 3 kopiach mojej już wydrukowanej i oprawionej pracy, ponieważ wkradł się tam mały błąd. Na miejscu okazało się niespodziewanie, że promotorka zmieniła zdanie i już wcale nie jest tak chętna do jej przyjęcia! Choć koleżance przede mną podpisała ją bez spojrzenia nawet co jest w środku i choć ostatnim razem już wszystko było w porządku.. Kiedy zaczęła kreślić długopisem wewnątrz mojego oprawionego dzieła, myślałam, że się rozpłaczę. ;_; Czułam się strasznie – zniszczyła coś, z czego byłam dumna i co wcześniej sama zaakceptowała! Gdyby jeszcze miała ku temu podstawę – ale jej komentarze nie miały kompletnie sensu.. Rzeczy wymienione od kropek kazała mi wypisać jednak po przecinku, a rzeczy opisane od akapitów – opisać od kropek. Pozostałe uwagi miały podobny poziom merytoryczny.. na potrzebę tych pilnych i jakże niezbędnych zmian straciłam MNÓSTWO pieniędzy, czasu i nerwów.

Wracając pociągiem do domu czułam się potwornie – zmęczona, upokorzona i skołowana. Dawno nie pamiętam dnia, który dobiłby mnie tak bardzo! Na poprawę pracy miałam czas do czwartku do 9 rano. Środa minęła mi na dopieszczaniu wszystkiego – jedynym miłym akcentem była krótka wycieczka nad Liswartę z moim chłopakiem. Naprawdę przepiękne miejsce i tak blisko jego domu!

Liswarta:

Poprawki skończyłam dopiero po pierwszej w nocy. Wreszcie mogłam się położyć, ale nie na długo – żeby zdążyć na pociąg do Katowic wstać musiałam już o 4:30.. Po przebudzeniu postanowiłam jeszcze raz zerknąć do zapisanej na pendrive pracy i.. przeżyłam szok. Zamiast pliku z pracą i innych dokumentów zobaczyłam to:

Szczęka spadła mi na podłogę. Nie miałam pojęcia JAK to się mogło stać. Jeszcze 3h wcześniej wszystko było w porządku. Potrzebowałam pendrive’a na gwałt – tylko z niego drukowali u mnie na kserze! Nie miałam jednak pojęcia skąd go wziąć o godzinie w pół do piątej rano, mając chwilkę do wyjścia na pociąg. Wirus który mnie zaatakował nie dawał się ani odinstalować, ani przeskanować. Jadąc pociągiem do Katowic walczyłam ze snem i rozmyślałam co w tej sytuacji zrobić. Udało mi się kupić nowy pendrive  w kiosku na dworcu (za bajońską sumę), następnie przegrać na niego pliki z maila z komputera w bibliotece (mój w końcu okazał się być zawirusowany i bałam się wpiąć tam nowy pendrive) i wydrukować całość jeszcze raz. Ostatecznie promotorka podpisała moją pracę i mogłam złożyć ją w dziekanacie – ale przedtem musiałam zrobić jeszcze raz rundkę z kartą obiegową, bo okazało się, że dostałam za pierwszym razem złą.. Kiedy ten dzień dobiegł końca padłam jak zabita, z poczuciem, że świat bardzo stara się mnie pokonać. Wciąż rzuca kłody pod nogi. U mojego chłopaka wszystko poszło gładziutko jak po maśle – miły promotor, wszystko sprawdzane od ręki, żadnego czepialstwa, żadnych problemów z czymkolwiek. Dobrze, że chociaż jemu się udało!

Dla relaksu następne dwa dni spędziliśmy w iście wakacyjnym, leniwym klimacie. Uważam, że trochę lenistwa mi się należało po tych wszystkich przygodach. Wczoraj wróciliśmy nad uroczą rzeczkę z moją siostrą, potem rozpaliliśmy grilla. A dziś wybraliśmy się na Komobex – nasz częstochowski basen. Plażowaliśmy się i kąpaliśmy. Jutro czeka nas wyjazd do babci, na 40 urodziny mojej cioci :-) Powoli trzeba też wracać do rzeczywistości i rozpocząć ostre przygotowania do obrony – to już w najbliższy czwartek!!

Komobex:

 

Dodaj Komentarz | Komentarze

Pożegnanie Katowic

Przyszedł czas by pożegnać się z Katowicami – przynajmniej na razie. Jutro do pozałatwiania mam ostatnie sprawy uczelniane przed obroną (której termin pozostaje bliżej nieokreślony) i będziemy zdawać mieszkanie właścicielom. K. kompletnie nie jest sentymentalny ale ja tak, także.. trochę smuteczek, jednak. :(

Wiele dobrych i złych chwil nas tutaj spotkało, ale wiadomo jak to jest w życiu.

Na szczęście nie mam zbyt wiele czasu na sentymenty, gdyż ostatnie dni mijają nam w iście szaleńczej gonitwie. Zdjęcia do dyplomu, pakowanie do przeprowadzki, podbijanie karty obiegowej w ACK i bibliotece, drukowanie prac, wycieczki do promotorów, przelewy i opłaty, nagrywanie CD, po powrocie do domu znów pakowanie.. Niekończące się załatwianie, sprzątanie i bieganie z miejsca na  miejsce..Uff. A w przysłowiowym „międzyczasie” udało nam się wysłać CV do jednej z interesujących nas prac wakacyjnych w Anglii. Nawet odbyłam już w jej sprawie wstępną rozmowę, jutro ma się odbyć wideokonferencja. Jeszcze nie wiadomo co z tego będzie.

Tymczasem by upamiętnić ten miniony rok w naszym (byłym) mieszkanku zamieszczam kilka migawek z tego okresu :-)

 

Dodaj Komentarz | Komentarze

Kot Biszkopt i wariactwo uczelniane..

Przedstawiam Biszkopta, nowego mieszkańca domu mojej Babci :-) Kociak jest zabójczo przystojny, ale niech was nie zwiedzie jego słodki pyszczek – to łobuz jakich mało. Drapie, gryzie i biega po ścianach. Grzeczny jest tylko kiedy śpi albo się pomyli 😉

Weekend ogólnie minął mi wyjazdowo. Czwartek i piątek zmarudziłam u „teściowej” pod Częstochową, a sobotę i niedzielę u babci. Gdziekolwiek się nie ruszę towarzyszą mi padające ze wszystkich stron pytania o obronę, studia, wakacyjne plany.. Z jedynej strony to zrozumiałe, że wszyscy chcą wiedzieć co i jak, ale z drugiej męczy opowiadanie każdemu tego samego po kilka razy. Przede wszystkim niczego nie wiadomo jeszcze na pewno.

Dzięki mojej promotorce ostatnie dni to istne wariactwo. Bezustannie gdzieś wyjeżdża lub jest niedostępna, wszystko na ostatnią chwilę – kwestia obrony w lipcu wisi na włosku, a praca już dawno napisana! Wczoraj położyłam się spać o drugiej, wstałam o szóstej. O siódmej pojechałam odebrać sprawdzony trzeci rozdział z uczelnianej portierni, o dziesiątej zostawiłam go już tam poprawionego z powrotem. Zrobiłam zakupy, wróciłam do domu, o trzynastej padłam na łóżko jak kawka. Wstałam o osiemnastej. Dzień z głowy!

Zamiast dalszego marudzenia, dodam jeszcze kilka zdjęć Biszkopta. Był bardzo wdzięcznym tematem do fotografowania, niestety trochę zbyt ruchomym jak na możliwości mojego samsungowego aparatu 😉

Dodaj Komentarz | Komentarze

Rysunek – Czerwona sukienka

Jestem w Częstochowie, znowu. Już za tydzień przeniosę się tutaj na dłużej z Katowic, ponieważ jestem już po zajęciach, po zaliczeniach, po egzaminach, została tylko obrona. Skończyłam studia. Czuję się z tym jakoś naprawdę nieswojo. Myślałam, że będę szaleć ze szczęścia i otwierać szampana a zamiast tego czuję niepokój. Coś odeszło.

W dodatku przez jakiś czas będę mieszkać bez K. ! Maksymalnie 2 czy 3 tygodnie ale jednak – on u siebie, ja u siebie. Jak za starych dobrych czasów 😉 Napiszę jeszcze coś więcej o naszej przeprowadzce na dniach, a tymczasem.. Czerwona sukienka na konkurs na facebooku!

Dodaj Komentarz | Komentarze

Zmęczenie materiału

Chwilowa nieobecność na blogu spowodowana jest sporą ilością zmartwień na głowie. Na szczęście w dniu dzisiejszym jedno z nich w końcu zniknęło – udało mi się zdać egzamin, który przy 5 poprawce zaczynał już sprawiać wrażenie niemożliwego do zdania 😉 Nieustępliwy profesor ostatecznie przepuścił większość naszej, dosyć pokaźnej, grupy skazańców – choć tyle potu, łez i krwi łatwo mu nie zapomnę 😛

Jestem ostatnio bardzo zmęczona. W środę czeka mnie kolejny egzamin – gigant. 733 slajdy do nauczenia, lub około 150 stron notatek pisanych w Wordzie. W czwartek kolejna wizyta u promotorki i jedna poprawka. Nie wiem jak zdążę ze wszystkim!  Powinnam załatwiać też formalności przed wakacyjnym wyjazdem, lecz kompletnie nie mam teraz do tego serca. To się chyba nazywa „zmęczenie materiału”. Potrzebny reset!

//na zdjęciu park w pobliżu mojego bunkru 😉

Dodaj Komentarz | Komentarze

Marzenia i plany

Niedawno pisałam o tym, jak intensywnie „przemyśliwuję” życie. Jestem teraz w takim momencie, że kończę studia I stopnia i mocno zastanawiam się co dalej. Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłoby kontynuowanie nauki na studiach magisterskich, ale wcale nie jest dla mnie oczywiste czy chcę ciągnąć ten kierunek, czy chcę go w trybie dziennym czy zaocznym, a może.. potrzebuję przerwy?

(więcej…)

Dodaj Komentarz | Komentarze

Mini zakupy, pyszny obiad i..

Dzielnie walczę z 3 rozdziałem, już coraz bliżej do końca. Dowiedziałam się jednak, że K. najprawdopodobniej będzie się bronił we wrześniu, co nieco psuje nam nasze plany wyjazdowe. Z drugiej strony w moim wypadku lipcowa obrona też nie jest jeszcze pewna więc możliwe, że mnie również to czeka.. Najbardziej na świecie chcę mieć to już za sobą.

Na poprawę humoru postanowiłam wybrać się do Galerii Katowickiej i poszukać jakichś krótkich spodenek na lato. Jak zwykle udało mi się znaleźć coś niedrogiego w Sinsay 😉 Szczególnie te „ananasowe” szorty są mega fajowe :’D

(zdjęcia z telefonu)

Jak to zwykle bywa kiedy mam nadmiar uczelnianych rzeczy do zrobienia dziś również natchnęło mnie na gotowanie. Po zakupach w pobliskiej Biedronce (:P) przyrządziłam tego oto kurczaka z kaszą jaglaną i pieczarkami. Nie mam chyba daru do fotografowania jedzonka, ale co tam.. było pycha i jeszcze sporo zostało dla K. na kolację 😉

Aktualnie skupiam się na „dochodzeniu do sedna materii” czyli..  leżę zagrzebana pod kołdrą i trzaskam wykresy do licka. Najchętniej zamiast tego pospałabym chwilkę albo poszła na spacer.

Dodaj Komentarz | Komentarze